Zadzwoń do nas

Dziś jest czwartek 13 czerwca 2024 imieniny: Antoni, Lucjan, Gracja

Zakochany na Żywiecczyźnie

Bartłomiej Kawalec: Treningi rozpoczął Pan w 1999 roku w klubie Victoria Jaworzno, pod opieką nieżyjącego już trenera Roberta Kopytka. Jak wspomina Pan swoje pierwsze treningi? Co sprawiło, że spróbował Pan swoich sił na bokserskim ringu?

Grzegorz Proksa: Boksem interesowałem się od najmłodszych lat. Pasjonował mnie sport, gdzie można było się sprawdzić indywidualnie. Na przeszkodzie stawało jednak moje miejsce zamieszkania. W Mysłowicach nie było żadnego klubu bokserskiego. Niechętni mojemu zamiłowaniu byli także rodzice, którzy największą uwagę skupiali na wynikach w nauce. Po zdaniu egzaminów do szkoły średniej, którą wybrałem specjalnie pod kątem możliwości trenowania boksu, udało się przekonać tatę do tego aby pozwolił nam [wspólnie z bratem – przyp. red.] na boksowanie i pokazanie, że wyniki w sporcie nie mają większego wpływu na oceny w szkole. Zawsze byłem pod wielkim wrażeniem występów przed wielką publiką, walkami o najwyższe cele.

B.K.: Urodził się Pan na Górnym Śląsku, jednak od kilku lat mieszka na Żywiecczyźnie. Jak to się stało, że zamieszkał Pan w Węgierskiej Górce?

G.P.: W Wegierskiej Górce mieszkam od 2004 roku. Na pierwszym zgrupowaniu kadry Śląska poznałem wspaniałą dziewczynę, która dziś jest moją żoną. Jesteśmy ze sobą 12 lat, a w związku małżeńskim od 8 lat.

B.K.: Jak wygląda Pański dzień treningowy? Wiemy, że trenuje Pan w swoim własnym obiekcie na terenie Węgierskiej Górki. Gdzie oprócz tego można spotkać trenującego Grzegorza Proksę?

G.P.: Przyznam szczerze, że w tym roku bardzo trudno spotkać mnie w mojej miejscowości. Od początku roku byłem łącznie może dwa tygodnie w domu. Ciągłe wyjazdy, zgrupowania, kosztują mnie i moją rodzinę sporo wyrzeczeń, ale wiemy, że ten rok ma być przełomowy w mojej karierze sportowej i musimy podporządkować się temu całkowicie. Teraz trenuje w Warszawie, w „gymie” Knockout Promotions. Moim trenerem w ubiegłym roku został Fiodor Łapin. W tym roku przebywałem również trzy tygodnie na sparingach u mistrza świata Roberta Stieglitza w Magdeburgu. Jeśli tylko jestem na chwilę w domu, to również biegam po okolicznych górach.

Najlepiej płacą na „Wyspach”

B.K.: W czasie całej Pańskiej zawodowej kariery nie stoczył Pan ani jednej walki na terenie kraju. Jakie są tego przyczyny? Czy polscy promotorzy nie są w stanie zapewnić dostatecznych warunków do organizacji gali, czy też może brak jest sponsorów chcących wyłożyć na stół odpowiednią sumę pieniędzy?

G.P.: Trudno powiedzieć jednoznacznie. Początek mojej kariery był bardzo medialny. Był kontrakt telewizyjny z telewizją TVN, były piękne gale w Las Vegas. Można powiedzieć, że zaczynałem tam gdzie niewielu kończy. Kiedy kontrakt się skończył, zacząłem współprace ze stacją SportKlub, która debiutowała na polskim rynku i nie miała zbyt wielkiej dostępności. Moja promocja bardzo ucierpiała, aczkolwiek nie ubolewam nad tym, bo dzięki temu miałem znacznie więcej czasu dla rodziny i na trening. Dziś jednak jest coraz bliżej walki w Polsce i myślę, że uda się takową zorganizować. Moi kibice z całą pewnością zasługują wreszcie na to, żeby mnie zobaczyć „na żywo”. Z kolei problem sponsorów jest bardzo złożony. Na szczęście jestem zabezpieczony w jakiś sposób kontraktowo.

B.K.: Nigdy nie myślał Pan, wzorem Tomasza Adamka, o wyjeździe do Stanów Zjednoczonych, by tam kontynuować karierę? Wiele mówi się, że pięściarze w Ameryce mają zdecydowanie lepsze warunki rozwoju - więcej zarabiają .

G.P.: Tutaj byłbym gotów się spierać. Ameryka od jakiegoś czasu nie jest liderem jeśli chodzi o listę płac. Wiadomo, że na szczycie są takie telewizje jak HBO czy Showtime, które płacą milionowe gaże. Otrzymuje je jednak stosunkowo niewielu bokserów – może 10-15 na świecie. Wśród tych którzy są liderami, najlepsza „w płaceniu” jest Anglia. Nieźli w tym względzie są także Niemcy. I to tam są naprawdę bardzo dobre pieniądze. Póki co Polska nie jest w stanie dogonić tych krajów, jak i wielu innych. Rodzime stacje telewizyjne nie są w stanie wyłożyć odpowiednich pieniędzy na ten cel.

B.K.: Jak Pan już wspominał, od ubiegłego roku Pańskim trenerem jest Fiodor Łapin, na stałe związany z grupą Andrzeja Wasilewskiego. Jak układa się Wasza współpraca?

G.P.: Trenując w wielu krajach Europy jak i świata, mając za sobą 12 lat boksowania, miałem okazję pracować z naprawdę sporą liczbą trenerów. Mogę stwierdzić jedno – Fiodor Łapin to absolutna czołówka. Znamy się jeszcze z czasów Jaworzna i być może to także ma wpływ na dobrze układającą się współpracę. Cieszę się z tego, że jest moim trenerem i wierzę, że z jego pomocą odniosę życiowy sukces.

Droga do perfekcji

B.K.: Pański styl walki oparty jest na niesamowitym refleksie i szybkości. Dodatkowo ciosy zadawane są z odwrotnej pozycji, a nisko opuszczona garda powoduje iż rywal jest nieco kuszony przez Pana do przeprowadzania ataku. Wiele osób już teraz nazywa Pana polskim Royem Jonesem Juniorem…

G.P.: Miłe porównanie, ale daleki byłbym od tego. Mam swój styl, nad którym pracowałem latami. Chcemy teraz dołożyć detale, które pozwolą na wyduszenie ze mnie wszystkiego co najlepsze. Caly czas się rozwijam i dążę do perfekcji. Wiem, że jeszcze do tego daleka droga. Postępy pokazują jednak, że jest do tego bliżej niż dalej.

B.K.: Nawiązując jeszcze do Pańskiego dość specyficznego stylu walki. Co wspólnie z trenerem chce Pan w nim szczególnie poprawić? Trener Łapin znany jest z defensywnego stylu walki, ugruntowanego za podwójną, szczelną gardą.

G.P.: Wydaje mi się, że jest to błędna cenzurka, która wystawiona jest przez pryzmat występów jego najlepszego zawodnika, Krzysztofa Włodarczyka [mistrz świata federacji WBC w wadze junior ciężkiej – przyp. red.]. Pracując z nim, mam zupełnie inne wnioski. To doskonały fachowiec, o wielkiej wiedzy, ale i talencie stratega. Czasami odnoszę wrażenie, że wiedza jaką mi przekazuje jest na tyle duża, że muszę notować niektóre uwagi i spostrzeżenia. Z każdym treningiem z Fiodorem przekonuje się jak mało jeszcze wiem na temat schematu prowadzenia walki, jak i ogólnego treningu.

Po europejski czempionat

B.K.: W połowie kwietnia znokautował Pan na trudnym terenie Pablo Navascuesa i obronił tytułu mistrza Unii Europejskiej w wadze średniej. Pańska pozycja w rankingu federacji EBU jest coraz lepsza.

G.P.: Po tym zwycięstwie zyskałem przede wszystkim szacunek kibiców. Każdy z tych, którzy znają się na boksie, wiedzą jak trudno jest odnieść zwycięstwo na terenie rywala. Przed walką mieliśmy kilka nieudogodnień – przesuwano nam wyjście do ringu, nie informując nas o tym. Dodatkowo sędzia ringowy dołożył swoją cegiełkę upominając mnie bezpodstawnym ostrzeżeniem [rzekome ciosy poniżej pasa – przyp. red.]. Od roku, wraz z moim promotorem, głośno zapowiadamy, że naszym głównym celem jest zdobycie mistrzostwa Europy. Wierzę, że uda się to w tym roku. Myślę, że już w kolejnej walce, ale na to będziemy musieli poczekać jeszcze kilka miesięcy.

B.K.: Skoro nawiązujemy już do przyszłości, to jakie są Pańskie plany na najbliższy rok? Kiedy dokładnie możemy spodziewać się, jakże upragnionego, starcia o tytuł mistrza Starego Kontynentu ?

G.P.: Na 30 kwietnia w Londynie wyznaczona została walka o trofeum mistrza Europy. Miałem lecieć osobiście zobaczyć jej przebieg, gdyż mam się zmierzyć potencjalnie (choć jeszcze nieoficjalnie) w kolejnej walce ze zwycięzcą. Z powodu ważnych spraw rodzinnych zmuszony jestem zostać jednak w domu. W walce o tytuł zmierzy się Darren Barker oraz Domenico Spada. Mam materiały filmowe z ich kilku walk, obu ich znam doskonale. Myślę, że walkę wygra Brytyjczyk i to z nim zmierzę się w okolicach września – października. Zadanie będzie ułatwione. gdyż mamy tego samego menedżera w postaci Barry Hearna. Poczekajmy zarówno na zwycięzcę pojedynku jak i na nowy ranking federacji EBU. Liczę na to, że awansuję w nim na pierwszą pozycję i wtedy z urzędu będę obowiązkowym pretendentem do tytułu europejskiego.

B.K.: Tego życzę i dziękuję za rozmowę.

G.P.: Dziękuję.

Rozmawiał Bartłomiej Kawalec

Zdjęcie: www.pinger.pl


Facebook